Moja historia
Od 11 lat wspieram innych w zmianach odżywiania, ale mam za sobą swoją własną drogę zmiany.
Początek - kiepska relacja z własnym ciałem
Od wieku nastoletniego, patrzyłam na ciało przez pryzmat wad. Oglądając kolorowe czasopisma, przesiąkałam kulturą diet. Na jednej stronie pisma widziałam wzorce idealnego ciała i podane konkretne liczbowe proporcje sylwetki, a na kolejnej kartce mogłam przeczytać instrukcję, jak taki wygląd uzyskać.
W trakcie studiów z Żywienia Człowieka i tuż po postrzegałam zmiany w odżywianiu przez pryzmat zmniejszania ilości kilogramów. Zaczęłam więc próbować diet i "odchudzania", po którym otrzymywałam jedynie efekt jojo. I tak chcąc dążyć do konkretnej liczby na wadze sprawiałam, że moja masa ciała wahała się przez wiele lat. To potęgowało tylko osłabianie samopoczucia i brak równowagi organizmu.
Nie wyrzucałam ubrań w rozmiarze 36 upierając się, że przecież jeszcze kiedyś je założę. Patrzyłam w lustro i widziałam głównie “niedoskonałości”, centymetry, kilogramy oraz cellulit.
Od zawsze wiedziałam, że chcę wspierać innych, ale po studiach nie czułam się w ogóle w tym zakresie kompetentna. Miałam wiedzę teoretyczną. Wiedziałam co ile ma kalorii. Ale mieć wiedzę, a umieć zastosować to w praktyce, to są dwie różne rzeczy. Poza tym już wtedy wiedziałam, że sama dietetyka, to za mało.
Praca na pełen etat - drożdżówka i latte z syropem
Wybrałam pracę w administracji, a potem w HR-ach. Pracując w błyszczącym wieżowcu odżywiałam się słabo. Nie jadłam śniadań, nie przygotowywałam sobie jedzenia. Przed południem kupowałam kanapkę lub drożdżówkę, potem zapominałam o posiłkach podtrzymując swoją energię kawą. Wieczorem nadrabiałam stres i emocje z całego dnia jedząc do poczucia dużego nasycenia.
Żyłam w napięciu. A jedzenie dawało mi ukojenie, nagrodę i spokój.
Kiedy zapragnęłam założyć rodzinę i mieć dzieci, okazało się, że to nie takie proste.
Najpierw okazało się, że moja tarczyca już nie wyrabia i zdiagnozowano u mnie chorobę Hashimoto. Pomimo wdrożenia leczenia nadal nie mogłam zajść w ciążę.
Endokrynolog zlecił kolejne badania i zapytał mnie, co jem. Pamiętam co czułam, gdy powiedział, że drożdżówka, białe pieczywo i słodkie kawy codziennie to po prostu za dużo cukru. Usłyszałam: „Z taką dietą, nawet jeśli zajdziesz w ciążę, możesz mieć cukrzycę ciążową”.
Zasugerował wizytę u dietetyczki. A ja? Miałam przecież dyplom z żywienia człowieka! Na początku byłam zła, poczułam się oceniana. Ale z czasem… zaczęło do mnie docierać, że potrzebuję takiej zmiany. Moje ciało mówiło mi to od dawna, a ja nie chciałam go słuchać.
Ciąża – trudna, ale przełomowa
W końcu zaszłam w ciążę. I to był czas pełen trudności – cukrzyca ciążowa (lekarz miał rację...), wielowodzie, hospitalizacja. Ale też ogromna lekcja. Dzięki glukometrowi nauczyłam się, jak różne produkty wpływają na "cukier" w mojej krwi.
Pamiętam, jak potrafiłam cały dzień czekać na jedną kostkę czekolady, a potem sprzątać w szale cały dom, żeby spalić energię ze zjedzonej czekoladki. To było uzależnienie od przyjemności ze smaku słodkiego. I relacje z jedzeniem oraz ciałem, które wymagały poważnych zmian.
Postawiłam sobie wtedy cel: poradzić sobie z cukrzycą ciążową za pomocy diety, bez insuliny. I z pomocą dobrej endokrynolog i tipów od jej pacjentek to mi się udało.
Nowe etap w życiu... nowa droga zawodowa
Po urodzeniu syna skupiłam się na jego zdrowiu. Karmiłam piersią, walczyliśmy z alergią na białko mleka krowiego, dieta eliminacyjna trwała miesiącami. To wtedy uczyłam się gotować, a do tego bez mleka, bez jajek. To wtedy przypaliłam najwięcej garnków ;).
Moją silną motywacją do zmiany sposobu odżywiania, był syn, jego zdrowie, jego nawyki.
Temat odżywiania wciągnął mnie tak bardzo, że poszłam na studia podyplomowe, kurs coachingu i zaczęłam pracę jako psychodietetyczka.
Od początku wiedziałam, że w jakiś sposób chcę przekazać rodzicom, że to od ich nawyków zależy to, jak jeść będzie ich dziecko.
Trafiały do mnie osoby z podobnymi problemami. Zmęczone kobiety, które chciały poprawić swoje odżywianie, ale jednocześnie gotujące dla całej rodziny.
Równolegle dowiadywałam się coraz więcej o mnie samej.
Macierzyństwo pozwoliło mi odkryć prawdziwą siebie. Dość szybko zorientowałam się, że jeśli mogą być "wysoko wrażliwe dzieci", to mogą też istnieć przebodźcowani rodzice!
Praca z kobietami i... sobą
W trzecią ciążę zaszłam bez wcześniejszych wielomiesięcznych starań! Jestem przekonana, że zmiana stylu życia, odżywiania miały na to kluczowy wpływ.
Zaczęłam pracę z kobietami, które dbały o odżywianie dzieci, jednocześnie same niedosypiając i zajadając emocje.
W okresie pandemii przybyło też klientek, które mówiły: „nie ogarniam jedzenia”, "zajadam stres i emocje", "nie mam energii".
Coraz częściej miałam w myślach "ojej, doskonale to rozumiem, mi też tak trudno to wszystko ogarnąć". Zupełnie przestałam sobie radzić, kiedy po raz trzeci zostałam mamą.
Zaczęłam tracić nadzieję, że kiedykolwiek mogę być "dobrze zorganizowana". Przeszłam przez bardzo trudne stany psychiczne, ucząc się prosić innych o pomoc.
Zainwestowałam w siebie. Zaczęłam czytać poradniki samopomocowe, chodziłam na warsztaty rozwojowe, skończyłam kurs Mindfulness, dokształcałam się z psychologii. Chciałam lepiej zrozumieć siebie samą i ludzi wokół. Przeszłam przez psychoterapię.
Rozpoczęłam praktykę jogi, zadbałam o swoje rutyny, spacery stały się codziennością. Zaczęłam lepiej dobierać ludzi, którymi się otaczam.
A moja masa ciała przestała się wahać dokładnie wtedy, kiedy ja przestałam na siebie naciskać i kontrolować.
Zamiast zmuszać ciało do wciskania się w mniejszy rozmiar zrozumiałam, że mogę zaopiekować się swoim ciałem, dając mu dobre jedzenie, sen i odpowiedni ruch.
Zamieniłam telewizor na książki rozwojowe i nawyk wieczornego jedzenia okazał się zastąpiony, co wydawało mi się wcześniej nie do pokonania.
Po 40 latach okazało się, że nie jestem sową, tylko od podstawówki miałam nawyk, żeby nocą załatwiać sprawy, na których nie mogłam się skupić w dzień.
Od ponad roku zasypiam już na godzinę przed północą, co niesamowicie przełożyło się na moją odporność i poziom energii w ciągu dnia!
Przede wszystkim zaczęłam siebie bardziej lubić i traktować ciało z szacunkiem.
A jeśli czasami wypadam z rytmu snu, impulsywnie zjem coś słodkiego lub nie mam siły na trening, to podchodzę do siebie z wyrozumiałością.
W takich momentach zastanawiam się co jest przyczyną i co mogę zrobić następnym razem, zamiast obarczać się wyrzutami sumienia, jak kiedyś.
Kiedy zaczęłam wspierać kobiety na warsztatach grupowych zrozumiałam jeszcze lepiej, że ciągła reorganizacja nawyków to nie jest kwestia "kiepskiej organizacji". Samo macierzyństwo to jest jeden wielki chaos, do którego po prostu elastycznie można się dostosować.
Ostatni puzzel układanki - diagnoza ADHD
Na swojej drodze spotykałam coraz więcej ludzi mówiących o swoim ADHD, widziałam w tych opowieściach siebie. Kilka zdarzeń, osób i rozmów popchnęło mnie do decyzji o własnej diagnozie. Potwierdziło się!
Sama przez te wszystkie lata dostosowałam swoje życie do mojego ADHD!
Mało tego, wiele moich pacjentek miało problem z podobnymi kwestiami. Wszystko nagle złożyło się w całość! Zaczęłam zgłębiać temat.
Przekonałam się jak bardzo objawy ADHD wpływają na nawyki żywieniowe, jednocześnie utrwalone zachowanie mogą mieć także wpływ na objawy ADHD. To działa w dwie strony.
Lubię porównanie ludzi do kwiatów. Każdy kwiat jest inny i potrzebuje innych warunków, by kwitnąć i dawać owoce. Kaktus nie zakwitnie nigdy w ciemnym pokoju. Ale jeśli tylko dasz mu światło i odpowiednie podłoże, to odwdzięczy się. Storczyk postawiony na oknie z widokiem na wschód zakwitnie bez podlewania (moje kwitną, choć potrafię zasuszyć nawet kaktusa!).
Jedzenie to element układanki. Możesz rozkładać swoją uważność na wszystkie dobre nawyki, popatrzeć na to, jak na dbanie o siebie i dawanie sobie, a wtedy “bycie na diecie” zmienia się w czułe opiekowanie się sobą. To daje wiele więcej korzyści, które zostają na stałe.
Chcę skrócić Twój proces, abyś nie musiała przez kolejne lata sprawdzać i testować na sobie.
Wiem, że jeśli ja mogłam, Tobie też się to uda! Zostańmy w kontakcie!